Urok statystyki

Gdy zabierałem się do studiowania statystyki w latach 70. (na Wydziale Finansów i Statystyki SGPiS, dzisiejszej SGH), uwiodła mnie w niej możność odkrywania prawidłowości w bezładnych na pozór zbiorach danych. Był to dla mnie przełom na miarę odkrycia nowego lądu, bo w liceum statystyki nie było, a rachunek prawdopodobieństwa był wykładany nieco abstrakcyjnie, w oderwaniu od realiów – ot, takie zabawy z kostką do gry, bez praktycznego przełożenia na otaczającą nas rzeczywistość. Dzisiaj, jako dziennikarz techniczny, nie wyobrażam sobie sprawnego funkcjonowania bez podstawowych narzędzi statystycznych.

Chyba najważniejszą dla mnie książką z tamtego okresu był przetłumaczony jeszcze w latach 60. podręcznik Yule’a i Kendalla “Wstęp do teorii statystyki”, który wypatrzyłem w jakimś antykwariacie, a potem studiowałem obok oficjalnych podręczników. Książka ta została po raz pierwszy wydana w… 1911 roku (!) i była wielokrotnie wznawiana w USA jeszcze do lat 70. Pewnie do dzisiaj zachowuje swój walor edukacyjny, choć zawarte w niej przykłady mocno już trącą myszką, a już na pewno była dla mnie wejściem w zupełnie nowy świat, ujawnieniem nowej metodologii – dała mi znacznie więcej niż obowiązujące na uczelni manuale. Równie ciekawa była też książka Blalocka “Statystyka dla socjologów”, gdzie z minimalnym udziałem aparatu matematycznego autor potrafił tłumaczyć humanistom, “jak sołtys krowie na miedzy”, przydatne aspekty badań ilościowych.

Statystyka, choć wielu może się kojarzyć z odstręczającymi rachunkami, jest bardzo płodną intelektualnie dyscypliną wiedzy, jakiej elementy powinien posiąść każdy człowiek uważający się za wykształconego. Jesteśmy otoczeni liczbami i umiejętność poprawnego zinterpretowania rozmaitych wielkości – już choćby najważniejsze miary struktury i dynamiki dają zdolność rozpoznawania rzeczywistości – jest istotna, jeśli nie chcemy być bezradni wobec zalewającej nas informacji. Obserwuję niejednokrotnie, jak osoby będące “interfejsem” między źródłowymi danymi a czytelnikami czy widzami, czyli dziennikarze, wygadują żenujące głupstwa, nie potrafiąc samemu poprawnie zinterpretować tego, co się dzieje. Powszechne mylenie procentów z punktami procentowymi, brednie w rodzaju “inflacja wzrosła o 13 procent”, nieumiejętność rozróżnienia między wzrostem a tempem wzrostu (“gospodarka spada”, choć przecież tylko spadło tempo wzrostu), mechaniczne wyciąganie średniej tam, gdzie nie ma ona sensu (jeden zdradza żonę dwa razy w tygodniu, drugi ani razu, średnio wychodzi więc raz), mylenie zależności ze współwystępowaniem zjawisk (liczba zdrad małżeńskich rośnie z powodu wzrostu zamożności społeczeństwa) to grzechy śmiertelne niedouczonych ludzi, którzy są bezradni wobec liczb, którzy nie poznali elementarnych narzędzi potrzebnych w interpretacji tego, co się dzieje naokoło, a sami usiłują tłumaczyć rzeczywistość innym.

Dzisiaj dysponujemy doskonałymi narzędziami komputerowymi do obliczeń statystycznych, poczynając od szalenie popularnego w tych zastosowaniach Excela, do specjalistycznych narzędzi w rodzaju R. Gdy na początku l. 80 pisałem pracę magisterską, obliczenia statystyczne z czterodziałaniowym kalkulatorem zajęły mi około 100 godzin. Dzisiaj wykonałbym wszystkie obliczenia w co najwyżej dwa wieczory, korzystając z Excela czy Calca. Inny świat.