Jak składały dinozaury

Paweł Wimmer

Z techniczną stroną publikowania jestem związany od ponad 30 lat. W latach 80. pracowałem przez pewien czas w esperanckim Wydawnictwie Ritmo i od tamtego okresu jestem związany z ruchem esperanckim. Pracując nieco później w Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego współpracowałem z Ritmo, będąc redaktorem naczelnym najpierw biuletynu informacyjnego, a potem głównego pisma ruchu, miesięcznika Pola Esperantisto, założonego jeszcze przez Ludwika Zamenhofa.

Funkcja redaktora naczelnego nie polegała bynajmniej na siedzeniu i wydawaniu poleceń gromadzie dziennikarzy. W dwuosobowym zespole wykonywaliśmy wszystkie niezbędne czynności, łącznie z własnoręcznym składem periodyków.

We wczesnym okresie działalności ruchu podstawowym narzędziem pracy była zwykła, elektryczna maszyna do pisania. Napisane w ten sposób teksty szły do drukarni, gdzie usiłowano z nich wydobyć jak najlepszą jakość techniczną, jednak na ogół bez zbytniego powodzenia. Problemem była nie tylko kiepska jakość takiego druku, ale i fakt, że dysponowaliśmy wtedy po prostu jednym krojem czcionki, zaś ilustracje były umieszczane ręcznie na pozostawionych pustych miejscach. Nie zmieniało to w żadnej mierze entuzjazmu młodych redaktorów, dla których niedostatki techniczne były sprawą całkowicie uboczną w konfrontacji z ideą.

Pierwsza zauważalna zmiana miała miejsce bodaj w 1986 roku, gdy szef wydawnictwa sobie tylko znanym sposobem “wytrzasnął” skądś NRD-owskie urządzenie Robotron, ulepszoną maszynę do pisania. Było to duże i ciężkie, ze dwa lub trzy razy cięższe od elektrycznej maszyny do pisania. Należna mu nazwa składopis brała się stąd, że urządzenie miało możliwość tzw. mikrojustowania. W momencie gdy dochodziło się do prawego marginesu, można było dokonywać malutkich skoków głowicy w taki sposób, by prawy margines był z grubsza wyrównany. Jak pamiętamy, zwykła maszyna do pisania posługiwała się czcionką monotypiczną (o stałej szerokości znaku), zatem wyrównanie prawego marginesu było prawie niemożliwe.

Już ten jeden szczegół techniczny, wspomagany przez lepszą, delikatniejszą czcionkę, spowodował zdecydowaną poprawę jakości dostarczanego do drukarni maszynopisu. Cieszyliśmy się tym udoskonaleniem przez bez mała rok, aż nadeszła prawdziwa rewolucja…

Stało się nią, dzięki wyjątkowej przedsiębiorczości szefa wydawnictwa, p. Czesława Biedulskiego, pojawienie się – pożyczonego wprawdzie – zachodnioniemieckiego, elektronicznego składopisu firmy Brother. Było to urządzenie różniące się w szczegółach technicznych na tyle, że mieliśmy już półprofesjonalne narzędzia edycyjne.

Po pierwsze, urządzenie miało jednowierszowy wyświetlacz, więc pisało się te 70-80-90 znaków, a gdy dochodziło się do granicy, składopis uruchamiał drukowanie całego wiersza, justując oczywiście do prawego marginesu.

Po drugie, miało wymienne rozetki z krojami czcionek, naturalnie z potrzebnymi nam znakami polskimi i esperanckimi. Była to prawdziwie cudowna odmiana po latach okropnej monokultury maszyn do pisania z jednym krojem. Te bodaj 5 czy 6 rozetek pozwalało ogromnie urozmaicić teksty i był to prawdziwie świeży oddech w technice składania.

Ponieważ zajmowałem się stale składem, szef wydawnictwa zaproponował mi wzięcie maszyny do domu. Wiozłem ją autobusem w dużej torbie (była mniejsza i poręczniejsza od Robotrona), jednak z duszą na ramieniu, bo odpowiadałem za nią finansowo, a składopis kosztował – trudno uwierzyć – aż 6 tysięcy dolarów. Była to, po czarnorynkowym kursie dolara, równowartość moich ówczesnych 200 pensji, więc w razie zgubienia czy zniszczenia maszyny nie wypłaciłbym się do końca życia.

Składałem nią już Pola Esperantisto, a choć jakość druku pozostawiała wiele do życzenia (stowarzyszenie było stać jedynie na bardzo proste środki), to jednak jakość składu została zauważona i dostrzeżona przez odbiorców.

To był już rok – jeśli dobrze pamiętam – 1988 i na horyzoncie wzbierała rewolucja komputerowa. Po pewnym czasie zrezygnowałem już z redagowania pisma, więc w czasy komputerowe wchodziłem już z innymi zadaniami, m.in. próbując składać i drukować na komputerze PC książki esperanckie. Naturalnie komputer sprzed 30 lat nijak się ma do dzisiejszych pecetów, jednak był to zasadniczy przełom, przejście w świat współczesnej elektroniki, w której mieliśmy do dyspozycji pełnoekranowe wyświetlacze (monitory) i możliwość zredagowania tekstu na ekranie. A do składu takie oprogramowanie, jak sławna Ventura, wtedy jeszcze piracko rozpowszechniana w Polsce.

Ale to już całkiem inna historia…

Dodaj komentarz

Close Menu