Kołtun polski

  • Post author:

Elżbieta Pytlarz

Bom się kołtunem urodził, aniele! Bo w łonie matki już nim byłem – bo żebym zdarł skórę z siebie, mam tam pod spodem, w duszy, całą warstwę kołtunerii, której nic wyplenić nie zdoła (…) ten kołtun rodzinny weźmie mnie za łeb, przyjdzie czas, gdy ja będę (…) nalany tłuszczem i nalany teoriami i będę mówił dużo o Bogu…

Gabriela Zapolska, Moralność pani Dulskiej

Dawniej symbolem kołtuństwa były starsze panie, modelujące świat na swoją modłę, narzucające wszystkim, czy chcą, czy nie, swój ciasny światopoglądek. Opisał je najlepiej Tadeusz Żeleński-Boy w wierszu Ku czci Matrony Krakowskiej:

I ty, uroczysta klempo,
W twojej wiecznej sukni bordo,
Z twoją beznadziejnie tępą
— Powiedzmy otwarcie — mordą;

Ty, co w «Piątki» lub «Soboty»
Polskich dusz sprawujesz rządy,
Starodawne wskrzeszasz cnoty,
A druzgocesz «nowe prądy»;

Tę dawną Z Fackiewiczów Pawłowicz wspominał także Kazimierz Przerwa Tetmajer, opisując, że na jej gadanie nawet Sfinks ze wstrętem odwraca głowę.

Odkąd jednak starodawne matrony przestały być potrzebne dzieciom i wnukom jako pomoce domowe, odrzuciły krempliny i trwałe, włożyły dżinsy i poszły na Uniwersytet III wieku.

Na przemianach politycznych w Polsce najbardziej zyskały kobiety. To one zakładały małe firmy, to one rozkręcały handel, żądając kolejnych udogodnień technicznych w domu, to one wreszcie zdominowały uczelnie.

A mężczyźni? Rozwalający się na kanapie z pilotem w jednej i piwem w drugiej ręce, coraz bardziej odstawali od nowych czasów. Ekologia, nowoczesna lewica, tolerancja, polityczna poprawność – te pojęcia stawały się zbyt trudne dla rozleniwionego umysłu pożeraczy telewizyjnych. Zatem, jak równouprawnienie czy prawa dla LGBT – należało je wykpić, wyśmiać, unicestwić. Tylko dlatego, że ich nie rozumieją.

I jak dawna pani Dulska wstawiała magiel do sieni, którą nie chodzi, tak Dulski XXI w. spokojnie pali starymi oponami w piecu, bo przecież nie on wdycha ten dym, jaki się ulatnia z jego komina. Straszni mieszczanie w strasznych mieszkaniach Tuwima, co wszystko widzą osobno, z czasem przywdziali brunatne lub czarne mundury, wiemy z historii.

W Polsce, wraz z wygraną PiSu, do władzy doszli nowi Dulscy, nowi mieszczanie, ale o cechach niemalże identycznych. Egoistyczni, nastawieni konsumpcyjnie do świata, postrzegający wszystko i wszystkich jakby poddanych ich kontroli (kobieta do kuchni, pies na łańcuch, kot do łapania myszy, las to przedsiębiorstwo, z którego trzeba wycisnąć jak najwięcej grosza), narzucający innym swoje zasady. Zwycięski Dulski ze specjalnym okrucieństwem mści się na świecie, którego nie rozumie. Każdy pogląd, z którym się nie zgadza, odrzuca bezapelacyjnie, uważając za skrajność (lewactwo). Każde odmienne zdanie musi być tępione jako szczególnie niebezpieczne, bo może zachwiać jego na stałe urządzony i umeblowany świat. Dulski boi się każdej zmiany, zwłaszcza drży ze strachu o swoją pozycję, zdobytą podstępem i siłą, a nie autorytetem. Sam wierzący tylko w pieniądz, skłonny do manipulacji ludźmi, do oszustwa i spisków, mierzy innych swoją miarą, wietrząc wszędzie podstęp i przekupstwa.

Dulski nigdy nie będzie elegancki, nie podporządkuje się żadnemu savoir vivre czy dress code, bo uważa to za słabość. Kołtun, Bigda czy Dulski – jak ich zwać, lekceważą świat i jego umowy społeczne, bo i tak nigdy ich ani nie przyswoją, ani nie zrozumieją.

Dlatego właśnie w Warszawie na Placu Defilad wyrósł pomnik taki, a nie inny.

Ludzie od wieków starali się, aby pomniki były dziełami sztuki. Zamawiano je u najlepszych artystów, starannie dobierano tło. Dramatyzowano pozy, albo przydawano im malowniczej zwyczajności. Zawsze jednak celem było zarówno upiększenie miejsca, gdzie monument miał stanąć, jak i upamiętnianej postaci.

Tutaj zaś mamy pomnik grubego niechluja, ubranego w za duży, źle zapięty garnitur, niemodną koszulę i za ciasno zawiązany krawat. Nie przedstawia on żonatego mężczyzny, bo – pomijając fakt, że nie ma obrączki na ręku – żadna żona nie pozwoliłaby tak mężczyźnie wyjść z domu. W nieodprasowanych spodniach i z oberwaną watoliną w lewym ramieniu.

Jest to pomnik mężczyzny, który w życiu nie uprawiał żadnego sportu. Być może przyczyną tego są zbyt krótkie nogi i choroba żołądka, o czym świadczy gest dłoni przyciśniętej kurczowo do brzucha – gest, który tutaj stał się karykaturą napoleońskiej pozy. Człowiek z pomnika nigdy nie przeżył satysfakcji z rozcinania ramionami wodnych fal, z przebiegnięcia kolejnego kilometra, zdobycia szczytu czy kobiety.

Bo postać z pomnika raczej nie ma, ani nie miała udanego życia seksualnego. Ponurej twarzy z mocno zaznaczonymi bruzdami smutku nie ozdabia nawet cień uśmiechu. Brak jej lekkości, pewności siebie czy swobody zdobywców kobiecych serc.

Pozostają jeszcze dwa pytania:

1. Kim jest tajemnicza postać na podium, bo na pewno nie przedstawia Lecha Kaczyńskiego?

2. Dlaczego rzeźbiarz nie próbował nawet upiększyć swego modela, czy chociaż odrobinę dostosować go do kryteriów światowej elegancji?

Wszak od tego są pomniki, zwłaszcza zmarłych, by pokazywać ich lepiej, niźli wyglądali za życia.

Uważam, że to drobiazgowe wycyzelowanie detalu niechlujnego ubioru jest zabiegiem celowym i świadomym. Zapewne taka, a nie inna forma została narzucona artyście przez zleceniodawcę, co do którego personaliów nie mamy żadnych wątpliwości. Nie miejmy złudzeń, to Jarosław Kaczyński zażądał, by w Warszawie stanął taki, a nie inny pomnik. Celowo nie ma tu podobieństwa do Lecha Kaczyńskiego, nie ma też żadnych upiększeń postaci. Jakiegoś mnie panie Boże stworzył, takiego mnie mosz – mawiano w Kieleckim. Pomnik ten to zemsta prezesa na znienawidzonej stolicy, bo miasto jest symbolem bohaterstwa, na jakie on sam nigdy się nie zdobył. Europejskiej stolicy pełnej ludzi nowoczesnych, dobrze wyglądających i swobodnie poruszających się w świecie political correctness. Nowoczesnym świecie usposabiającym wszystko, czego Kaczyński jak typowy Dulski nie rozumie i dlatego nie zaakceptuje. To jest jego zemsta na Warszawie Trzaskowskiego. Warszawie, o której prezes doskonale wie, że nigdy przezeń nie zostanie podbita ani ujarzmiona. Dlatego nasłał na nią Jakiego, a potem zmienił piękne polskie święto w ponurą parodię parteitagu. Dlatego zafundował stolicy taki, a nie inny pomnik i właśnie w takim, niemalże świętym dla warszawiaków miejscu.

Postać na pomniku, łącząca w sobie wdzięk i elegancję prezesa z inteligencją wypisaną na twarzy Marka Suskiego, jest symbolem tej władzy. Uosabia zwycięskiego Felicjana Dulskiego w wersji 21, czyli typowego polskiego kołtuna XXI w.

I straszno i śmieszno.