Oblężenie

Elżbieta Pytlarz

Najwyraźniej dotychczasowa kampania i strategia krytykująca Pis nie odniosła sukcesów. Nie pomogło odsłanianie przekrętów finansowych, afer seksualnych czy kłopotliwej przeszłości członków i zwolenników tej partii. Nie pomogło udowadnianie im kłamstw i łamania prawa. Odwrotnie, nastąpiło większe niż dotąd zwarcie szeregów głosujących. Zero wątpliwości. Wszyscy do urn!

W efekcie do Europarlamentu dostały się osoby absolutnie nie rozumiejące idei zjednoczonej Europy, bo nie rozumieją one idei zjednoczenia czegokolwiek z czymkolwiek. Znają tylko dwa rodzaje aliansów: podbicie albo przejęcie podstępem.

Dla wyborców Pisu nie ma znaczenia, że ich delegaci nie mają pojęcia o istocie czy historii Unii. Nie ma znaczenia, że wybrani w Europarlamencie nie będą mieli nic do powiedzenia, raz z powodu braku znajomości języka, dwa braku ogłady i talentów dyplomatycznych, trzy – bo zasilą szeregi frakcji zbyt słabej, by mieć wpływ na cokolwiek. Grunt, że wygraliśmy i im pokazaliśmy!

Wygraliśmy i pokazaliśmy tu, w kraju – na jedynej liczącej się arenie. Tu wszyscy siedzący na trybunach mogą wreszcie skierować swoje kciuki w dół i krzyczeć Ave caesar! I nieważne, że cesarz ma brudne buty i sepleni, że łamie prawo i Konstytucję. To jest nasz cesarz i my go kochamy. Wiadomo, że nie jest idealny, ale nikt nie jest idealny.

Im bardziej wrogowie będą krytykować naszego cesarza, tym bardziej będziemy go bronić i wielbić. Im więcej afer wyciągnie opozycja na światło dziennie, tym mocniej będziemy zacieśniać nasze więzi, by pokazać, jak bardzo jesteśmy silni, zwarci i gotowi. Jednomyślni.

Jest to klasyczny przykład syndromu oblężonej twierdzy. Jak podaje Wikipedia: ”to zjawisko polegające na wzbudzaniu poczucia zagrożenia ze strony mniej lub bardziej wyimaginowanego wroga”. Grupa społeczna przejawiająca wysoki poziom strachu oddaje władzę nad sobą politykom, „którzy wzbudzają poczucie zagrożenia elektoratu, a następnie oferują ratunek z wyimaginowanej opresji. W tym sensie posługiwanie się syndromem oblężonej twierdzy jest psychomanipulacją”.

Wygląda na to, że im więcej straszymy Pisem, im więcej ujawniamy ich finansowych przekrętów i nieciekawej przeszłości, tym bardziej potęgujemy poczucie zagrożenia drugiej strony. Tym bardziej wzmaga się syndrom i tym bardziej starają się skonsolidować. Na bok idą wątpliwości, podejrzenia i niepewność. Muszą przede wszystkim okazać wierność swoim, swoich nie zawieźć. Inaczej zwycięży wróg.

Skoro tak, to przyjmijmy narrację przeciwnika: mamy do czynienia z twierdzą.

O zdobywaniu twierdz od starożytności napisano wiele. Zastanówmy się zatem, która z metod opisanych dotąd może być wykorzystana teraz:

1. Głód czyli kryzys: to dość popularna metoda, aczkolwiek przez mistrzów uważana za nieetyczną i nie przynoszącą zbytniej chwały zwycięzcy. Nie robimy nic, poza zamknięciem pierścienia oblężenia i pilnujemy, by żadne dostawy żywności czy broni nie przedostały się do twierdzy. Prędzej czy później doczekamy się zwycięstwa.

Ta metoda ma też i swoje złe strony. Po pierwsze, nie wiemy, czy nasz wróg w oblężonej twierdzy nie ma gdzieś poza twierdzą sojuszników, którzy pośpieszą mu z odsieczą. Sojusznik może też ograniczyć się do otoczenia nas, stąd głód może dotknąć także oblegających. Dlatego muszą oni przygotować się na różne ewentualności: na wypadek powszechnego kryzysu i bankructwa państwa włącznie. Na wypadek zniszczenia szkolnictwa i służby zdrowia. Jak się najlepiej przygotować? Zakładając własne banki i własne przedszkola. Sadząc własne drzewa. Segregując śmieci. Można tworzyć prywatne komplety, gdzie opłacani przez nas nauczyciele będą uczyć nasze pociechy właściwej biologii, historii i wychowania obywatelskiego. A że będzie kosztować? Przecież chcemy reformy szkolnictwa; wszyscy zgadzamy się z tym, że nauczyciele powinni lepiej zarabiać! Służba zdrowia? Lekarze powinni być także lepiej opłacani, albo zatem szukajmy lekarzy z prywatną praktyką, albo twórzmy prywatne fundusze na wypadek choroby, by stać nas było na leczenie w którymś z ościennych krajów.

Mówicie, że to wszystko nierealne? Przecież Pis latami tworzył sobie takie podwójne państwo – z własnym Skokiem na bank, własnymi nauczycielami, aptekarzami i lekarzami z klauzulą bez sumienia. 20 lat przygotowywali się do zajęcia tej twierdzy.

Gorzej, jeśli sojusznik oblężonych nas zaatakuje. Trzeba być i na to przygotowanym, zwłaszcza, że oblężeni zdołali zniszczyć inne twierdze w tym kraju. A że na walkę z tym sojusznikiem jesteśmy zbyt słabi, dobrze by było pokazać oblężonym prawdziwe oblicze tzw. sprzymierzeńca. Udowodnić, że chce on zniszczyć nie tylko nas, ale ich także. Wskazanie wspólnego wroga może we wspaniały sposób zjednoczyć pozornie skłócony naród, co świetnie opisał Adam Mickiewicz w Panu Tadeuszu. Problem polega jednak na tym, jak przekonać ludzi w twierdzy, że to nie my, a wschodni sojusznik jest ich i naszym prawdziwym wrogiem. To jemu najbardziej zależało na skłócenia nas i skierowaniu przeciwko sobie nawzajem. Gdy my jesteśmy zajęci zdobywaniem i obroną jednej twierdzy, on w tym czasie niszczy resztę kraju… Trudność w przekonaniu przeciwnika będzie tym większa, że ów rzekomy sojusznik ma w tamtym obozie szpiegów, którzy będą kontrować nasze słowa. Być może ma też szpiegów w naszym obozie? Warto sprawdzić przed rozpoczęciem oblężenia.

2. Koń trojański: wprowadzenie konia trojańskiego do twierdzy to prawdziwy majstersztyk sztuki wojennej. Gdybyśmy mieli mistrza ars militaris godnego Achajów, na pewno już by takiego konia dawno wymyślił.

3. Metoda Tomka Sawyera: pamiętacie, jak Tomek znalazł chętnych do malowania płotu? Udawał, że wcale nie sprawia mu to przykrości. Otóż należy okazywać, że my tej twierdzy nie oblegamy. Skąd, myśmy tu sobie tylko tak przypadkiem przechodzili! Wcale a wcale nie interesuje nas rabunkowa gospodarka państwa, łamanie prawa etc. To wasze państwo i możecie zrobić sobie z nim, co chcecie – możecie je potraktować jak dzieciaka, którego właśnie spraliście rózgą, czy psa, którego uwiązaliście na metrowym łańcuchu. Wasze państwo, wasza konstytucja, wasza sprawiedliwość, wasza ekonomia – nie pozwoliliście nam się do tego mieszać, nie słuchaliście naszych rad? To teraz bawcie się sami! Tylko pamiętajcie ( i to musi jasno wybrzmieć), nie biegnijcie do nas po pomoc, gdy wam się coś zepsuje albo rozleci. Nie próbujcie się wymigiwać od odpowiedzialności. To wasza klęska i wy będziecie za nią odpowiedzialni – my nie mamy zamiaru świecić za was oczyma.

Więc udajemy obojętność i niby przypadkiem przyglądamy się twierdzy… a nuż ktoś uwierzy i otworzy bramy?

Niestety, aby być wiarygodnym w tej metodzie, należy posiadać bardzo duże zdolności aktorskie. Co będzie trudne, bo dotąd robiliśmy wszystko, aby pokazać, że na zdobyciu tego bezwartościowego garnka, zwanego twierdzą, nam zależy. Teraz pukamy się w głowę i zastanawiamy, co nam odbiło, żeby zdobywać taki stary kurnik, który i tak wkrótce sam się rozsypie.

Metod jest zresztą więcej i trudno je tutaj wszystkie opisywać. Warto mieć ich kilka w zapasie: gdy nie wypali jedna, stosować kolejną. Większość z nich opisana jest w odpowiedniej literaturze, którą koniecznie trzeba przestudiować.

Znam jeszcze dwie metody, zastosowane z sukcesem w przeszłości. Ale to już mogę zdradzić tylko wybranym i tylko w cztery oczy. Myślę jednak, że osoby, które szczęśliwie doprowadzą do zakończenia wojny polsko-polskiej, są na tyle mądre, że odgadną same.

Historia magistra vitae.

Close Menu