Syndrom Sztokholmski

Jacek Parol

Jesteśmy trzy dni po wizycie i wykładzie Donalda Tuska. Trzy dni po długo wcześniej zapowiadanym wydarzeniu, podczas którego obserwatorzy i prosty lud oczekiwali BARDZO WAŻNEJ DEKLARACJI ze strony Tuska. Większość obstawiała, że padnie deklaracja powrotu do polskiej polityki, wskazanie stanowiska, o które się będzie ubiegał, najlepiej z podaniem dat, strategii i udostępnienia roboczych notatek.

Dlatego dla wielu obserwatorów wystąpienie Tuska było rozczarowaniem. Nic nie zadeklarował. Owszem pięknie i porywająco mówił. Wykazał też , że nie ma na polskiej scenie politycznej partnera do dyskusji na swoim poziomie i w swojej kategorii wagowej.

Owszem opowiadał o Konstytucji, wizjach, wspomniał o ekologii i zagrożeniach związanych z komputerami. Parę razy bardzo zgrabnie nawiązał do polityków PIS i ich żałosnych ruchów.

To przemówienie, a w zasadzie exposé pokazało wielkość Tuska i jednocześnie małość naszych lokalnych mężów stanu. Musiało boleć zarówna Patryka Jakiego, który „nic z tego nie zrozumiał”, Kaczyńskiego, któremu Tusk jako polityk odjechał w rejony nigdy nieosiągalne. Ale musiało również boleć Schetynę, który musi zdawać sobie sprawę, że póki Tusk żyje, póty Schetyna nigdy nie zrealizuje swoich ambicji.

Wracając jednak do meritum. Tusk nic nie ogłosił, nic nie zadeklarował. Nic się nie wydarzyło. Czy aby na pewno?

Całą dobę zajęło zarówno ludziom jak i komentatorom politycznym  zorientowanie się, że jednak poza wystąpieniem Tuska coś się wydarzyło. Przed wystąpieniem Tuska wystąpił z bardzo mocnym przekazem Leszek Jażdżewski. Po raz pierwszy, śmiem twierdzić, w naszej powojennej historii, tak mocno i jasno wybrzmiały publicznie zarzuty wobec kościoła instytucjonalnego.

To było mocne, konkretne wystąpienie, jakże inne od happeningów Palikota czy popiskiwań Biedronia. To było wystąpienie, które z całą pewnością zostało zaplanowane, uzgodnione i przeanalizowane z Donaldem Tuskiem. Na tym poziomie polityki nie ma przypadków, niczego nie zostawia się na żywioł, nikt nie zakłada, że jakoś to będzie. Jażdżewski miał wstąpić z takim przekazem, właśnie wtedy, przed Tuskiem.

To właśnie ten plan, który Tusk miał ogłosić i podobno nie ogłosił podczas wystąpienia. Szykuje nam się nowa siła i nowa jakość w polityce. Inna droga i inna siła niż marketingowa i niepewna co do wyniku Wiosna, inna niż Platforma niezdolna w żaden sposób do wstania z kolan sprzed ołtarza.

Jeśli zapowiedzi marszu po Senat nowego powołanego przez Tuska ruchu 4 czerwca okażą się prawdą to znamy już główny kierunek uderzenia. Świeckie państwo, rozdział kościoła od państwa, koniec z wszechobecnością hierarchów w życiu publicznym i koniec bezkarności funkcjonariuszy kościoła. Brzmi dobrze prawda? Tak ma brzmieć. To zapewne wynik dokładnej analizy nastrojów i oczekiwań.

A sam Tusk swoje plany wskazał dość czytelnie poprzez adresowanie uwag do zachowań i postaw pana Dudy. Wskazał w ten sposób miejsce, w którym planuje się znaleźć.

Skąd zatem tytuł mojego komentarza. Z reakcji prawej i niestety również naszej strony sceny politycznej.

To, że kościół nic nie zrozumiał było oczywiste. Kościół już dawno zaimpregnował się naprawdę mówioną i każdą inną. Skazywanie pedofilów w sutannach jest dla KK przejawem prześladowań, a każda próba dyskusji o kondycji kościoła to atak na niego.  Reakcja funkcjonariuszy PIS i pałkarzy dobrej zmiany z telewizji narodowo-socjalistycznej też była przewidywalna. Martwi natomiast błyskawiczne odcięcie się PO ustami swego rzecznika, odcięcie się PSL-u i całkowite milczenie lewicy zjednoczonej w Koalicji Europejskiej. Największy powód do troski widzę jednak w komentarzach moich znajomych internautów. Część z nas uważa, że „nie należy dawać Kościołowi i prawej stronie do ręki takich argumentów”, że nie można tak bezpośrednio krytykować kościoła” że „to może zaszkodzić”

Nauczyliśmy się żyć w kraju, gdzie „ręka podniesiona na Kościół, to ręka podniesiona na Polskę” Przyjęliśmy za normalne jawne, bezczelne łamanie zapisów Konkordatu przez stronę kościelną. Przywykliśmy do święcenia galerii, klap kanalizacyjnych i radiowozów. Nie zauważamy, że każde święto musi się zaczynać i kończyć mszą, a purpurowe stroje muszą być zawsze w pierwszych rzędach.

Akceptujemy wszechobecność religii we wszystkich sferach życia. Staliśmy się zakładnikami tego co wpajano nam przez całe życie.

To my sami musimy wyrwać się z syndromu sztokholmskiego. Oprawca musi jawić się jako oprawca, a nie co prawda pedofil, ale patriota, co prawda złodziej i oszust, ale jego radia słucha tylu staruszków.

Jeżeli nie przestaniemy syczeć uciszająco przy każdej próbie krytyki kościoła to zmiana władzy niczego nie zmieni. Będzie tak jak kiedyś ładnie powiedział Waldemar Pawlak.” Nie wiem kto wygra, ale na pewno będzie to koalicjant PSL”

To od nas zależy czy niezależnie od zmiany władzy to nadal będzie koalicjant i parasol ochronny nad najbardziej destrukcyjną organizacją dla życia społecznego w Polsce. 

Close Menu